Od zmierzchu do świtu
Aurora zjadła już śniadanie
popijając spadającą gwiazdę
pierwszym deszczem czekała
na siostrę
wróciła zadowolona
dziś świeciła jaśniej nie była
szarym tłem dla nieba a srebrnooką struną
wygrywała pocieszenie bezdomnym
cierpiętnikom budziła czas nocnych połowów
nietoperze sowy
bez czasu w rękawie
wyrzuciła resztki z talerza
słowa przepraszam czas na mnie
on też odgrywa rolę na swój sposób
wyszła
w szafranowej tunice
w glorii
oklasków kształtnych liści
śpiewu głodnych ptaków
w gniazdach
przy akompaniamencie
kołyszącego wiatru przetrwała chwilę
w spełnieniu
przez chmurne otwory
promienie przelatywały budziły
nowy dzień
Sol nie był w humorze przepędzał
stada chmur niczym rojowisko
owadów nie myślących
ustąpić podczas wschodu jego
tryumfującego ego
uczył się pokory cierpliwości
kochać tę część
nieba
nie miał dużo pracy
wspominał
jak dawał jasny promień
nadziei rozkwitającym kwiatom
i ludziom na plaży
rozmarzony zapomniał o czasie
spadał
za horyzont marzeń łącząc się z ziemią
zniknął
Luna już wstała
zaświeciła rogalem na tle
granatowego nieboskłonu
zapomniała
o harfie dziś grać nie będzie
zmalała w oczach chora
na zaćmienie
A_Kwaczek
|