BYŁEM TAM
zostawiając za sobą daleko ciasne, złośliwe miasteczko
zbudowane z pustych fasad i atrap uśmiechów
z wąskimi, sterylnymi, nieprzyjaznymi uliczkami
z roślinnością przyciętą bardzo starannie i na pokaz
leżące pod nadto wesołym, diabelskim młynem
nad bajecznym, prosto spod kreślarskiej deski, jeziorkiem
z niedużą wysepką pośrodku i głośnymi motorówkami
kioskiem z watą cukrową, gazetą i lemoniadą bąblującą
z tysiącami zabijającymi swój czas lub pracującymi pilnie
lepiącymi figurki z ciepłego, lepkiego, żółtego piasku
swoimi kolorowymi foremkami i łopatkami, całkiem poważnie
stawiającymi małe monumenciki i zamki ze schodkiem
* *
*
*
oddaliłem się w stronę lasu kojącego swą zielenią i wonią
zanurzyłem pomiędzy drzew stojących wśród mgieł konary
szedłem przez obfite, szeroko leżące sady pachnące
wyciągające ku mnie swe drzewa jak ziemi dłonie, owocem soczystym i dobrym częstujące
za krętym szlakiem, boso, wszedłem na ostatni pogórek po miękkiej trawie
ujrzałem niewyobrażalnie, oślepiająco piękne i czyste, tajemnicą i mitem owiane
niosące na swych grzbietach jaskrawe, rozbawione południa słońce
morze z żywymi jak delfiny falami o srebrzystobłękitej barwie
stałem z głową w świeżym, pachnącym solą i jodem szalonym wietrze
smakowałem go głęboko i chłonąłem w zupełnym samozapomnieniu
zachwycały mnie piękne, szlachetne i wolne jak ogromne ptaki na niebie
w oddali za senną firaną, cicho, jak znalezione serce, płynące żaglowce
|