W godzinie śmierci
Od kiedy wiedziałem, że przyszła ma godzina,
od kiedy brak sił, przy łóżku ciągle rodzina,
zacząłem się szykować na ostateczne spotkanie
myśląc z niepokojem: co się ze mną stanie?
Już z losem pogodzony, na wszystko przygotowany
czekałem na towarzyszkę, która powiedzie ku bramie.
Czas dłużył się strasznie, nie oszczędzono cierpienia,
jednak czekałem cierpliwie na początek mego zbawienia.
I wtedy gdy już myślałem, że zbyt się pospieszyłem,
przybyła niespodziewanie, ze szczęścia aż się wzruszyłem.
Gdy tylko ją ujrzałem, wiedziałem że to ona,
w swym majestacie przepiękna; przepięknie niewzruszona.
W czarnej pelerynie,z kapturem na kształtnej głowie,
weszła, a razem z nią mrocznych spirali mrowie.
Pod peleryną sukienka zwiewna, śnieżnobiała,
a wydawałoby się, że w czerni powinna być cała.
Gdy odrzuciła kaptur i głowę swoją podniosła,
zobaczyłem jej oczy zimne jak poranna rosa.
Białe tęczówki - zimne jak lód,
nic dziwnego, że gdy odchodzi (to z ciebie) zostaje tylko trup.
Wokół niej krąży mnóstwo mrocznych cieni
spiralnie to wznoszących się ku górze, to opadających ku ziemi.
Na czarnych włosach nosi diadem z kości,
przeplatanych czaszkami - symbolem mądrości.
W ręce trzyma kosę, a na niej wyryte
hasła ''memento mori'' i ''carpe diem''.
Stała przed moim łóżkiem rzucając na mnie okiem,
kosę w ręce trzymała, mrok opływał bokiem.
Patrząc jak urzeczony na jej królewskie oblicze
zastanawiałem się: dlaczego razem z nią milczę?
Czy powinienem się przywitać? Lub chociaż głowę skłonić
w uznaniu dla jej urzędu, czy po prostu przegonić?
Lecz ona dylematy w jednej chwili rozwiała,
''Chodź za mną, albo Cię zmuszę'' - tyle powiedziała.
Ale przecież tyle czasu wiłem się w agonii,
jak teraz bym mógł za nią gdzieś w eter pogonić?
Jednak gdy wstawać zacząłem problem dał się rozwiązać,
wstałem, zszedłem z łóżka i zmieniłem postać.
Zniszczone chorobą długą, wymęczone ciało
zamiast za mną podążać, na łóżku zostało.
Patrzyłem nie rozumiejąc, spojrzałem pytająco,
ona się blado uśmiechnęła, westchnąłem rozdzierająco
patrząc jak moim ciałem wszyscy potrząsają.
Zdałem sobie sprawę, że tak ludzie umierają.
Już chciałem powrócić do mojej rodziny
gdy złapała mnie za przegub, a dotyk jej zimny
wstrząsnął mną do głębi mego nędznego istnienia
Wtedy uznałem, że nie chcę doznawać więcej cierpienia.
Gdy zobaczyła przemianę tylko skłoniła głowę
w geście aprobaty, podeszła do drzwi i zniknęła za progiem.
Poszedłem za nią i próg przekroczywszy
znalazłem się w miejscu gdzie przestrzeń i czas się nie liczy.
Ona już tam stała znudzona śmiertelnie,
nie wiedząc co się dzieje czułem się beznadziejnie.
Czarne cienie zaczęły mnie oplatać
dotykać i badać, w skórę moją się wplatać,
Lecz jednak kiedy białe drzwi się otworzyły
i wpadło blade światło, one się rozproszyły.
Jednym głowy skinięciem kazała naprzód ruszać,
nogi miałem jak z waty, nie chciały się poruszać.
Rzuciłem jednym okiem w stronę światła bladego
A gdy wróciłem do niej, nie było tam już niczego.
Tak jak jeszcze przed chwilą pod filarem stała,
tak teraz zamiast niej została ściana biała.
Gdy zrobiłem krok naprzód usłyszałem wezwanie:
''Sąd duszy numer ... niech teraz się stanie!''
Carmen
|